05/06/2026
Najpierw obrzydzili masło. Potem obrzydzili smalec. Teraz przyszli po dzieci.
Od 1 września 2026 roku do szkół i przedszkoli w Polsce ma wejść tzw. dieta planetarna.
Brzmi pięknie. Kto nie chciałby ratować planety?
Problem w tym, że pod hasłem „ratowania planety” próbuje się zmieniać sposób żywienia milionów dzieci.
Patrząc na talerz diety planetarnej, trudno nie zauważyć jednego. Produkty zwierzęce zostały zepchnięte na margines. Jajka, ryby, mięso czy nabiał pojawiają się w niewielkich ilościach. Za to coraz większy nacisk kładzie się na białko roślinne, rośliny strączkowe, soję, tofu i różnego rodzaju zamienniki tradycyjnej żywności.
I tutaj warto zadać sobie pytanie: Jak podobają Wam się działania rządu? Czy to rzeczywiście dla naszego dobra i dobra naszych dzieci?
Bo ja mam coraz większe wrażenie, że zdrowie dzieci schodzi na dalszy plan, a na pierwszy wchodzą cele klimatyczne.
Według promotorów tego modelu ograniczenie spożycia mięsa w Polsce o 50% mogłoby zmniejszyć emisję CO₂ z rolnictwa o około 23%.
Czyli znowu słyszymy, że musimy coś ograniczyć, z czegoś zrezygnować i coś zmienić. Oczywiście wszystko dla naszego dobra.
Przez tysiące lat ludzie jedli mięso, ryby, jaja, nabiał i naturalne tłuszcze zwierzęce. Nagle okazuje się, że to właśnie te produkty są problemem, a rozwiązaniem mają być produkty roślinne i coraz bardziej przetworzone zamienniki.
Co będzie następne? Sztuczne mięso z laboratorium?
Patrząc na kierunek zmian, wcale bym się nie zdziwił. Najpierw przekonuje się ludzi, że mięso szkodzi zdrowiu. Potem, że szkodzi planecie. Następnie ogranicza się jego spożycie. A później pojawia się „alternatywa”, którą oczywiście trzeba zaakceptować.
I znowu usłyszymy, że to wszystko dla naszego dobra. Najbardziej zadziwia mnie jednak coś innego. W Polsce mamy rekordowe problemy z otyłością dzieci, nadmiarem cukru w diecie, słodzonymi napojami, żywnością ultraprzetworzoną, brakiem ruchu i siedzącym trybem życia.
To właśnie tutaj powinny być kierowane wszystkie siły, kampanie edukacyjne i działania państwa. Bo to są problemy, które realnie niszczą zdrowie młodego pokolenia już dziś.
Tymczasem od lat największym wrogiem okazują się masło, smalec, jajka i mięso.
Jeszcze ciekawsze jest to, kto promuje te rozwiązania.
Jednym z głównych źródeł propagujących dietę planetarną w Polsce jest think tank „Żywność dla Przyszłości”, powołany z inicjatywy Danone.
Naprawdę mamy wierzyć, że wielkie korporacje spożywcze nagle stały się bezinteresownymi obrońcami zdrowia dzieci?
Im dłużej obserwuję tę dyskusję, tym bardziej mam wrażenie, że pod hasłem „diety planetarnej” sprzedaje się nie tylko nowy model żywienia.
Sprzedaje się nowy model społeczeństwa.
Taki, w którym coraz częściej mówi się ludziom, co mają jeść, czym mają jeździć, jak mają żyć i ile czego mogą konsumować.
A wszystko to oczywiście dla naszego dobra.
No cóż. Ja nadal wolę sam decydować, co ląduje na talerzu moim i moich dzieci.
PS. Koniecznie zajrzyjcie do komentarzy. Wrzucam tam kilka wykresów pokazujących, co stało się ze zdrowiem społeczeństwa od czasu wojny z tłuszczem zwierzęcym. Otyłość? Rekordy. Cukrzyca? Rekordy. Insulinooporność? Rekordy. Zespół metaboliczny? Rekordy. Za to masło i smalec nadal są przedstawiane jako główni winowajcy. Sami wyciągnijcie wnioski.