13/02/2026
Trochę z przymrużeniem oka, trochę serio.
To jak to jest z tą moją blokadą?
Odkąd pamiętam, wszelkie aktywności wymagające ode mnie skupienia najchętniej podejmowałam w porach wieczorno-nocnych, gdy najmniej było wokół rozpraszaczy. Uczyłam się, czytałam książki, robiłam biżuterię, rysowałam, malowałam. Mama nie była z tego zadowolona. W dodatku nie przy biurku, tylko na podłodze (teraz też zanadto od tego nie odbiegam 🙈). Kiedy byłam nastolatką, zatkałam papierem dziurkę od klucza w moim pokoiku i rozkładałam koce pod drzwiami, żeby nie widziała światła. I tak jakimś cudem zawsze zauważyła... Przychodziła do pokoiku i goniła mnie do łóżka. "Noc jest od spania!" - powtarzała. Nie mogłam zrozumieć, dlaczego, przecież to ja się ewentualnie nie wyśpię...
Nigdy nie potrzebowałam dużej ilości snu. 8 godzin? Mnie w zupełności wystarczyło 5-6. Jako osoba dorosła przez lata sypiałam nawet 4. Jak się na czymś zafiksowałam, to potrafiłam nie kłaść się wcale. Wierzcie mi, las po zmroku skrywa wiele tajemnic, a "jeszcze jeden rozdział" książki może się skończyć 4 godziny później. No i ta cholerna wena twórcza... zawsze po nocach...
Do dziś mam problemy ze snem, a mój mózg załącza największą aktywność wtedy, gdy kładę się spać. Zaczynają się analizy bieżącego dnia lub wydarzeń z przeszłości, dziesiątki wspaniałych pomysłów na podbój świata 💪, rozwój biznesu, czy zdobywanie nowych umiejętności. Czego to ja bym nie zrobiła! Teraz, rano, jutro, pojutrze, na wolnym, za rok... Zawsze uważałam, że nie wiem, co chcę w życiu robić. Miałam zbyt wiele zainteresowań i niewiele perspektyw na rozwój.
W praktyce? Z trudem przychodzi mi regularność i przymus. Nie cierpię niczego przerywać. Jeśli się na czymś mocno skupię i będę musiała tę czynność porzucić choć na moment, istnieje duże prawdopodobieństwo, że nieprędko do niej wrócę. Nie potrafię się zmusić. Kiedy tworzę, często nie myślę nawet o jedzeniu, bo jest dla mnie zbyt dużym rozpraszaczem. Trzeba wstać, przyszykować coś, skonsumować - przecież szkoda na to czasu! Tylko się człowiek z rytmu wybije. Z ogromną niechęcią podejmuję decyzję o pójściu do łazienki, bo przecież muszę zostawić robotę na całe 5 minut, a powrót do niej zajmie mi najpewniej kilka godzin. Albo dni. W najgorszym wypadku, nie wrócę do niej wcale. Przed pracą też niełatwo zacząć, gdzieś tam w podświadomości czyha myśl, że zaraz trzeba będzie przerwać... 😒
Jak było wcześniej? W podstawówce miałam całkiem niezłe oceny, zdarzał się nawet czerwony pasek. Chyba tylko dlatego, że mama pilnowała, żebym siadała zaraz po szkole i odrabiała lekcje. Gimnazjum też raczej nie sprawiało mi większych trudności. Zaczęło się pogarszać w liceum. Do tego stopnia, że cieszyła mnie trója na zakończenie. Nie mogłam się uczyć wtedy, kiedy mi odpowiadało, więc słabo przyswajałam wiedzę. Dla mnie było najważniejsze, że w ogóle zdałam. Nie umiałam w odpowiedzi ustne, mój aparat mowy nie nadążał za tym, co wytworzył mózg i zamiast sensownej wypowiedzi wychodził mi bezsensowny bełkot a'la Piotr Żyła (chyba mój mózg też nie ma kontaktu z moim ciałem 🤪). Czasem wolałam nic nie powiedzieć i udać, że po prostu się nie nauczyłam, niż gadać od rzeczy. Do dziś nie potrafię się składnie wypowiadać, a już w szczególności w stresowych sytuacjach. Chcę mówić za dużo i za szybko. Za to pisanie idzie mi chyba całkiem nieźle (to może jednak napiszę ksiażkę? 😛).
Kiedy poszłam na studia, było coraz więcej materiału do nauki. W dzień nie potrafiłam zacząć, w nocy często nie wystarczało mi na wszystko czasu. Mało tego, odwlekałam każdą pracę, czy naukę na test do ostatniej chwili. Jedyny moment, w którym potrafiłam się jako tako zmobilizować, był zbliżający się deadline (czy ja właśnie nie próbowałam się teraz czegoś nauczyć i zamiast tego zaczęłam ten bzdurny wpis? 🤔). Do tego czasu wszystko inne pochłaniało moje zmysły - ptak przelatujący za oknem, bzyczący prąd w kontakcie (serio, słyszę, jak brzęczy listwa, czy żarówka, ale przysięgam, jeszcze nie zwariowałam), tykanie zegarka (nawet tego, który nosi się na ręce), czy myślenie o aktywnościach, na które akurat miałam ochotę i nie mogłam ich podjąć. Dlaczego zawsze największa wena przychodzi wtedy, kiedy powinnam zakuwać, pisać pracę, czy jak normalny człowiek - iść po prostu spać? 🙄Myśli na temat tego, co mogłabym zrobić WŁAŚNIE TERAZ, ewentualnie jutro, pojutrze, czy za rok, były zbyt absorbujące, żeby skupić się na czymś, od czego zależało zaliczenie przedmiotu. Ewentualnie w tym momencie chętnie bym się troszkę przespała. Tak z godzinkę albo dwie. W środku dnia.
Biorę na siebie dużo, o wiele za dużo, a później brakuje mi mocy przerobowych. Choć nie mam za bardzo energii i wkurzam się na innych, z reguły i tak ogarniam to, czego się podjęłam, głównie dlatego, że jestem słowna. Czuję się wypompowana już na starcie, nawet gdy dopiero przed chwilą otworzyłam oczy. Męczą mnie zbyt intensywne kontakty, nadmiar bodźców zewsząd, często czuję potrzebę twardego resetu (najchętniej bym wyłączyła wszystko i zaszyła się gdzieś na kilka dni w samotności). Życie w wielkim mieście toczy się dla mnie zbyt szybko, staram się zwolnić, jednak gdy pozwolę sobie na "nicnierobienie", to dziwnie się z tym czuję, zupełnie jakbym marnowała cenne zasoby. Co najzabawniejsze, pod presją czasu świetnie priorytetyzuję zadania, ale gdy mam go "za dużo", często zwycięża to, co akurat bliższe moim chęciom.
I tak oto człowieczek żyje sobie w ciągłym napięciu, jakimś szalonym i niepotrzebnym pędzie, okupując to zdrowiem. Po tak długiej przerwie wcale niełatwo mi wrócić do malowania, więc muszę się trochę pożalić. Chyba nie nadaję się do kręcenia biznesu. Najchętniej robiłabym wszystkiego po trochu i wtedy, kiedy chcę (czyt. w nocy)...
To jak tam u Was? 😛