11/06/2026
🌿🌿🌿
Wzgórze przeklętych.
“Nie wchodź pan na wzgórze przeklętych!” z przejęciem wyszeptała właścicielka pensjonatu, w którym się zatrzymałem. Było to w okolicy Akwizgranu, a ja akurat wykonywałem tajną misję w służbie magii i czarodziejstwa.
“Szanowna pani” zacząłem dyplomatycznie “nie pytałem, gdzie nie mogę pójść, tylko co warto zwiedzić w okolicy. A w ogóle” zagaiłem, bo zaciekawiła mnie wizja miejsca, którego nie wolno odwiedzać “dlaczego to wzgórze nazywa się przeklęte?”
“Przeklętych. To jest wzgórze przeklętych.” uściśliła moja gospodyni “żyli na nim przeklęci. I jest przeklęte. Nie wchodź tam pan.”
Chciałem dalej dyskutować, ale zrezygnowałem. Zapewniłem, że nie wejdę na wzgórze przeklętych.
Po czym, oczywiście, natychmiast się tam udałem.
Wzgórze rzeczywiście robiło ponure wrażenie. Na jego szczycie znajdowały się ruiny trzech wież. Nad wieżami unosiły się chmury burzowe.
Poza tym jednak było tam całkiem przyjemnie. Powietrze było czyste i świeże. Trawa była zielona i równo ścięta - poza jedną kępką wyjątkowo dorodnych mniszków lekarskich.
Obszedłem wzgórze dookoła. Zamierzałem udać się na jego szczyt i obejrzeć dokładnie ruiny. Po drugiej stronie wzgórza natknąłem się jednak na trzy barany. Jeden był czarny, drugi brązowy, trzeci zaś był białej barwy. Wszystkie były wielkie.
“Patrzcie” odezwał się czarny baran “kolejny, który nie boi się wejść na wzgórze przeklętych!”
“Pamiętacie, co się się stało z ostatnim śmiałkiem?” zapytał brązowy.
“Umarł” ryknął czarny. Wszystkie trzy zabeczały złowieszczo. Po chwili jednak biały się zastanowił (notabene, pierwszy raz widziałem zastanowienie na baranim pysku) i powiedział:
“wiecie, ten ostatni to chyba nie umarł, tylko się znudził czy tam zgłodniał i sobie poszedł. A ten, co umarł, to miał jakąś chorobę serca. Pamiętam, że mieliśmy dużo kłopotów ze sprowadzeniem pomocy.”
“Ty i ta twoja pamięć! Nawet postraszyć trochę człowieka nie można” pożalił się czarny “no dobrze, człowieku, możesz sobie pójść, nic ci się nie stanie.”
“Czekaj” sprzeciwił się brązowy “nie tak szybko. Jesteś, człowieku, może czarodziejem?”
Potwierdziłem. Barany zaczęły tupać w miejscu i potrząsać łbami.
“Zdradzimy ci więc sekret, człowieku” zaczął biały “niegdyś również byliśmy, tak jak ty, ludźmi. Jesteśmy braćmi i rycerzami. Zostaliśmy przed wiekami przeklęci przez podłą wiedźmę.”
“Zgadza się” potwierdził czarny “jam jest Zygfryd. Byłem dzielnym rycerzem i miałem swoją siedzibę w tej wieży” wskazał racicą ruinę, pierwszą z lewej “pewnego dnia wracałem z moich rycerskich wojaży i zatrzymałem się w pięknym ogrodzie, żeby zebrać kwiaty dla Kunegundy, pani mojego serca. Tam przeklęła mnie wredna wiedźma, do której, jak się okazało, należał ten ogród. Od tej pory przechadzam się po tej okolicy pod postacią barana i jem tylko trawę.”
“Moje imię brzmi Konrad” powiedział brązowy “i moja historia jest podobna, tylko moje rycerskie wojaże skończyły się kilka dni później. Mieszkałem w tej wieży” machnął pyskiem w stronę środkowej, najlepiej zachowanej “W drodze powrotnej zatrzymałem się w pięknym ogrodzie, żeby zebrać kwiaty dla Kunegundy, pani serca Zygfryda” w tym miejscu Zygfryd łypnął wrogo na swojego brata. Ten jednak dokończył, nie zwracając na to uwagi “paskudna wiedźma i mnie przeklęła. Od tego czasu błąkam się tu z Zygfrydem i jemy wyłącznie trawę.”
“Ja jestem Borys” rzekł biały baran “i nie odbywałem rycerskich wojaży w tym czasie, co moi bracia, leczyłem bowiem wówczas złamaną nogę. Nie zamierzałem podzielić ich losu. Ożeniłem się z piękną Kunegundą” tutaj oba pozostałe barany łypnęły wrogo na Borysa, który jednak niezrażony kontynuował wątek “ i żyliśmy w mojej wieży. “ tu biały baran zwrócił swój pysk w stronę wieży po prawej stronie “Kunegunda jednak zmarła po kilku latach. Nie mieliśmy dzieci. Nie miałem dla kogo żyć. Poszedłem więc do ogrodu wiedźmy, zerwałem najpiękniejsze kwiaty i zostałem przeklęty, by po wiek wieków włóczyć się wraz z moimi braćmi po tej łące i jeść wyłącznie trawę.”
Po tych słowach wszystkie barany opuściły swoje łby i zaczęły żuć trawę.
Pomyślałem, że wiem, o co chodzi tej trójce, i zacząłem zdejmować klątwę. Mogłem to zrobić z łatwością, jako tajny mag trzeciej klasy.
Barany przerwały mi jednak już na samym początku rzucania czaru, rozpaczliwie becząc.
“czego więc chcecie, moi panowie?” powiedziałem, szczerze zdziwiony.
“Nie życzymy sobie zmiany postaci!” wybeczał Zygfryd.
“Nie ma nic przyjemniejszego, niż stanie na pastwisku i żucie trawy” dodał Konrad.
“W sumie, to nie do końca prawda” uściślił Borys “Jest taka kępa mniszka lekarskiego, który rośnie tuż poza obszarem działania klątwy. Nie mamy do niej dostępu. Marzymy o tej kępie już bardzo długo.”
Barany ponownie zaczęły tupać w miejscu i potrząsać łbami. Widziałem, że jest to dla nich ważne. Poszliśmy więc w okolicę kępy z mniszkiem lekarskim.
Na miejscu zauważyłem poważny problem.
“Nie mogę przesunąć obszaru działania klątwy bez naruszenia jej konstrukcji, i w konsekwencji, usunięcia wszystkich jej skutków. Mówiąc prościej, przestaniecie być panowie baranami” oznajmiłem. Barany posmutniały. Podjąłem wątek, mówiąc “widzę jednak prostsze rozwiązanie” i sięgnąłem ręką do kępy mniszka lekarskiego.
Ręcznie zerwałem całą i położyłem pod racicami baranów.
Wszyscy trzej wełniani eksrycerze zajęli się przeżuwaniem pysznego mniszka lekarskiego. Ja zaś ewakuowałem się ze wzgórza przeklętych. Miałem przecież tajną misję do wykonania.
Czasem myślę o tych trzech rycerzach. Zastanawiam się, czy ich życie nie jest szczęśliwsze niż moje. Planuję kiedyś zmienić się w barana i dołączyć do Zygfryda, Konrada i Borysa. Będziemy wspólnie przeżuwać pyszną, soczystą trawkę.
The Hill of the Damned.
“Don’t go up the Hill of the Damned!” whispered the owner of the guesthouse where I was staying, her voice was full of concern. It was near Aachen, and I happened to be on a secret mission in the service of magic and sorcery.
“My dear lady,” I began diplomatically, “I wasn’t asking where I shouldn’t go, but what’s worth seeing in the area. And anyway,” I ventured, intrigued by the idea of a place I wasn’t allowed to visit, “why is this hill called the Cursed Hill?”
“The Cursed. It is the Hill of the Cursed,” my hostess clarified. “The cursed lived there. And it is cursed. Do not go there, sir.”
I wanted to discuss it further, but I gave up. I assured her I wouldn’t go up the Hill of the Cursed.
After that, of course, I went there immediately.
The hill did indeed look gloomy. At its summit stood the ruins of three towers. Storm clouds hung over them.
Other than that, however, it was quite pleasant. The air was clean and fresh. The grass was green and neatly mowed—except for a single clump of exceptionally lush dandelions.
I walked around the hill. I intended to go to the top and take a close look at the ruins. On the other side of the hill, however, I came across three rams. One was black, the second was brown, and the third was white. All of them were huge.
“Look,” said the black ram, “another one who isn’t afraid to climb the hill of the damned!”
“Do you remember what happened to the last daredevil?” asked the brown one.
“He died,” bellowed the black one. All three bleated ominously. After a moment, however, the white one paused to think (incidentally, it was the first time I’d ever seen a sheep look pensive) and said:
“You know, I don’t think that last one died; he probably just got bored or hungry and walked off. And the one who died had some kind of heart condition. I remember we had a lot of trouble getting help.”
“You and your memory! You can’t even scare a man a little,” complained the black one. “All right, man, you can go; nothing will happen to you.”
“Wait,” the brown one objected, “not so fast. Are you, man, perhaps a wizard?”
I confirmed it. The rams began stamping their feet and shaking their heads.
“So we’ll tell you a secret, man,” the white one began, “once upon a time, we were people just like you. We are brothers and knights. Centuries ago, we were cursed by a wicked witch.”
“That’s right,” the black one confirmed, “I am Siegfried. I was a brave knight and had my home in this tower,” he pointed with his hoof to the ruin, the first on the left. “One day, I was returning from my knightly travels and stopped in a beautiful garden to pick flowers for Kunegunda, the lady of my heart. There, I was cursed by a wicked witch, who, as it turned out, owned that garden. Ever since then, I’ve been wandering around this area in the form of a ram and eating nothing but grass.”
“My name is Konrad,” said the brown one, “and my story is similar, except my knightly adventures ended a few days later. “I lived in that tower,” he gestured with his muzzle toward the central, best-preserved one. “On my way back, I stopped in a beautiful garden to pick flowers for Kunegunda, the lady of Siegfried’s heart.” At this point, Siegfried shot his brother with a hostile glance. But he finished, paying no attention to it. “That nasty witch cursed me too. Ever since then, I’ve been wandering here with Siegfried, and we eat nothing but grass.”
“I am Boris,” said the white ram, “and I didn’t go on any knightly adventures at the same time as my brothers, for I was healing a broken leg then. I had no intention of sharing their fate. I married the beautiful Kunegunda,” at which point the other two rams shot hostile glances at Boris, who, undeterred, continued his story, “and we lived in my tower.” Here the white ram turned his muzzle toward the tower on the right. “Kunegunda, however, died after a few years. We had no children. I had no one to live for. So I went to the witch’s garden, picked the most beautiful flowers, and was cursed to wander this meadow with my brothers for all eternity, eating nothing but grass.”
After these words, all the rams lowered their heads and began chewing grass.
I thought I knew what these three were up to, and I began to lift the curse. I could do it easily, as a third-class secret-mage.
The rams interrupted me, however, right at the start of the spell, bleating desperately.
“So what do you want, my lords?” I said, genuinely surprised.
“We don’t want to change our forms!” bleated Siegfried.
“There’s nothing more pleasant than standing in a pasture and chewing grass,” added Konrad.
“Actually, that’s not entirely true,” Boris clarified. “There’s a patch of dandelions growing just outside the curse’s range. We can’t reach it. We’ve been dreaming of that patch for a very long time.”
The rams began stamping their feet and shaking their heads again. I could see how important this was to them. So we went to the area with the dandelion patch.
Once there, I noticed a serious problem.
“I can’t shift the curse’s area of effect without disrupting its structure—and, as a result, eliminating all its effects. “To put it simply, you’ll stop being rams,” I announced. The rams looked sad. I continued, saying, “I see a simpler solution, though,” and reached for a clump of dandelions.
I picked the whole thing by hand and placed it under the rams’ hooves.
All three woolly ex-knights set about chewing on the delicious dandelion. As for me, I evacuated from the hill of the damned. After all, I had a secret mission to carry out.
Sometimes I think about those three knights. I wonder if their lives aren’t happier than mine. I plan to turn into a ram someday and join Siegfried, Konrad, and Boris. We’ll chew on delicious, juicy grass together.