19/04/2020
Stare fotografie; odkąd pamiętam, to właśnie one oczarowywały mnie ponadprzeciętnie.
Jeśli ktoś pyta o moją ulubioną dziedzinę "antyko-staroci"; bez wahania wskazuję na papierowe wehikuły czasu.
A co w nich widzę? Widzę w nich prawdę. Podglądam skrawki dawnej rzeczywistości, wykradam bezwstydnie i bezkarnie; nieraz bardzo ważne i intymne momenty osób, po których czasem nawet nie pozostał napis na marmurowej płycie...
Ktoś może rzec: retusz fotografii jest tak stary jak ona sama, i w pełni się z tym zgodzę. Jednak retusz na przełomie XIX i XX wieku zwykle był robiony przez profesjonalistów, głównie z trzech powodów:
1. Na specjalne życzenie klienta indywidualnego. W XIXw. szczególnie częste jest zwiększanie wcięcia w talii pań oplecionych gorsetem. Retusz taki wykonywało się poprzez wydrapywanie niechcianych "niewklęsłości" bezpośrednio na kliszy. Wprawdzie na pierwszy rzut oka efekt był fantastyczny, jednak po bliższym przyjrzeniu się - wokół talii widoczne były charakterystyczne kreski od zadrapań na kliszy, czyli odpowiednik współcześnie nam znanych wygiętych fug i zniekształconych framug za Insta-pięknościami.
Dorysowano otwarte oczka fotografowanym martwym dzieciom, czy dziadkowi, który złośliwie nie dotrwał z żywotem do zamówionej sesji zdjęciowej. Domalowywano warkocze, dorysowywano kosztowności, czy eleganckie ubranie... do wyboru, do koloru,
2. Do celów komercyjnych. Tu nie ma się co rozwodzić; ktoś zaparkował furmankę z węglem, na dodatek z koniem "co się po robocie nie umyje", przed Teatrem Starym, a właśnie dziś przyjechał zacny fotograf, a słońce nieubłaganie zmienia cienie na architekturze... fotografię trzeba zdjąć tu i teraz - ale się Pan nie martwi - to się wytnie.
3. Oczywiście propagandowych; szczególnie polecam poszperać w internecie o znikających ludziach z fotografii w których figurowali ze Stalinem.
Niemal każdy retusz jest do wychwycenia gołym okiem, przez każdego, wystarczy się "pochylić" nad fotografią. Po za tym - największe smaczki ma fotografia amatorska!
Jak zwykle, wstępniaczek króciutki. To teraz może coś napiszę o tym o czym chciałem :)
Dziś Wam pokażę fotografię którą roboczo nazwałem; "Dziewczyny- kruszon gotowy! Wpadajcie z mężami (Stroje wieczorowe mile widziane)"
Nie jest to jakaś niezwykłą fotografia, szczerze pisząc ; nawet mi się nie podoba jakoś szczególnie, ale... ale jak się przyjrzycie to nie jest ono zdjęciem jakiejś tam zwykłej kucharki.
Fotografia nieco ponad 100 letnia, prawdopodobnie wykonana na kliszy szklanej - ponad prawym dolnym rogiem widoczne pęknięcie nośnika zdjęcia. Wywołana na papierze pocztówkowym i tymże formacie.
Na pierwszy rzut oka; przedstawia pracownicę kuchni, z mosiężnym moździerzem. Tło to świeżo rozłożony z kostki obrus, albo inna pościel. Czapa kucharska, wiadomo; higiena przede wszystkim.
Na drugi rzut oka, uderza nas bogactwo bluzki wyłaniającej się, spod fartuszka z piękną koronką.
Bluzka z niesamowitymi haftami w kształcie słońca, z guzami, lub perełkami, z ogromną ilością przeszyć ze szlachetnego materiału, przylegający kołnierzyk spięty zapewne srebrną broszą.
Myślę, że gdyby jakaś światowa celebrytka pojawiłaby się w takiej bluzce (czy też sukni) na jakiejś gali, wywołałaby niemałe poruszenie i to w dobrym słowa tego znaczeniu.
Na wstążce, niby mimochodem, wyeksponowany duży medalik z brązu, przedstawiający Matkę Boską. Fartuch czysty, w stanie idealnym, ręce niespracowane; trzymają pistel niczym berło, a nie ciężkie i niewygodne codzienne narzędzie pracy...
Otworzyłem na losowej stronie książkę kucharską ze zbiorów żony (dla lepszego kadru); 365 obiadów Lucyny Ćwierczakiewicz z 1911 r, która jest z mniej więcej tego samego okresu co to zdjęcie. Niczym dziennikarz Faktu, splotłem ze sobą dwie przypadkowe informacje i natychmiast w mojej głowie pojawiła się cała historia zdjęcia.
W 1913 roku w Krakowie, znana z niecodziennych pomysłów Pani E.W., żona szanowanego galicyjskiego antykwariusza, postanowiła wykorzystać gadżet, który jej mąż zakupił dwa miesiące wcześniej, będąc w sprawach służbowych we Lwowie...
Państwo W., wraz ze znajomymi od jakiegoś czasu, cyklicznie organizowali wieczorki towarzyskie z roboczą nazwą "Usmażeni 1913", które to polegały na nietypowym ugoszczeniu swoich przyjaciół i zaskoczeniu ich kulinarnie.
Na szczęście dwa lata wcześniej, bohaterka naszego zdjęcia, zakupiła sobie najnowszy krzyk mody kulinarnej; książkę pióra pani L. Świerczakiewicz "365 Obiadów". Oprócz standardowego pięciodaniowego obiadu, jako "danie" przewodnie wybrała Kruszon na winie reńskim z dodatkiem smażonych truskawek (wiadomo - witamina to podstawa człowieka).
Aby dodać smaczku oficjalnie wysyłanym pocztą galicyjską zaproszeń, postanowiła stworzyć pocztówkę z własną podobizną.
Korzystając z wcześniej wspomnianego zacięcia męża do fotografii (i przebieranek) . Włożyła strój jednej ze swych służek i w tymże stroju zapozowała do zdjęcia. Smaczku w zdjętej przez lubego podobiźnie miał dodać wyeksponowany medalik na którym widoczna była Matka Boska Kochawińska
Po dwóch dniach, wywołane zdjęcia w Atelier Kamera z krakowskiego Stradomia, przyniósł 10 letni chłopak na posyłki. Pozostało wziąć pióro do ręki i kaligrafując napisać zaproszenie.... "Dziewczyny- kruszon gotowy! Wpadajcie z mężami (Stroje wieczorowe mile widziane)".
I to tyle o tym zdjęciu, zaraz biorę następne z pośród kilku tysięcy w moich zbiorach.
Pamiętajmy, że ludzie się nie zmienili od setek lat i mają niemal te same potrzeby co my dzisiaj, zmieniły się tylko środki w jaki sposób się je zaspokaja.
No oczywiście prócz jednej rzeczy, w dzisiejszych czasach żadna szanowana dama nie dolałaby 2 szklanek przegotowanej wody do Kruszonu :) (Do zrozumienia żartu przeczytaj przepis z pierwszego zdjęcia)