07/07/2026
Wczoraj mogłam wybrać kamertony.
To byłoby dla mnie naturalne - dźwięk, wibracja, ciało, regulacja...
A jednak zawołało mnie płótno.
Myślę sobie, że czasem nie wszystko chce się od razu wyciszyć.
Czasem coś najpierw musi wyjść na powierzchnię.
Usiadłam bez wielkiego planu. Bardziej z potrzebą, by słuchać…
Bez porządkowania. Bez szukania od razu sensu.
I w którymś momencie zobaczyłam, że ten obraz nie jest o jednej kobiecieu.
Jest o rozmowie, która dzieje się w środku.
Bo są w nas różne głosy.
Ten, który chce iść do przodu.
Ten, który potrzebuje czasu.
Ten, który ocenia.
Ten, który pamięta.
I jest też ten cichy, który przychodzi dopiero wtedy, gdy przestajemy ze sobą walczyć i mówi: „już nie musisz udawać, że wszystko jest proste”.
Malowanie znowu przypomniało mi, że emocje nie zawsze potrzebują natychmiastowego wyjaśnienia. Czasem potrzebują koloru. Kolejnej warstwy. Chwili ciszy.
Ten obraz jest dla mnie o spotkaniu z samą sobą.
Z tą prawdziwą, wielogłosową, czasem pękniętą, czasem silną, czasem niepewną, ale obecną.
I chyba właśnie to dało mi wczorajsze malowanie: poczucie, że nie muszę wybierać jednej wersji siebie.
Mogę je zobaczyć. Usłyszeć. Pozwolić im wejść w dialog.
Myślę, że wiele kobiet zna ten stan.
Kiedy na zewnątrz „wszystko działa”, a w środku dzieje się cała rozmowa.
Czasem cicha.
Czasem burzliwa.
Czasem bardzo potrzebna.
I mocno czuję, że takie malowanie - bez presji, bez oceniania, bez „muszę umieć” - może być pięknym początkiem spotkania ze sobą.
Dlatego coś się układa.
Powoli.
Kobieco.
Twórczo.
Warsztatowo.
Na razie zostawiam Wam ten obraz i pytanie:
Co pomaga Ci ostatnio lepiej usłyszeć siebie?