15/07/2026
Hej. Maciej jestem.
Siedemnaście lat, kowal, włosy jak stodoła po przejściu wichury. I zanim ktoś zapyta – nie, nie myłem ich dziś rano. Ani wczoraj. Przy kuźni i tak nie ma to sensu.
Mieszkam w Krzesiwku. Małe miasteczko na południu, takie gdzie wszyscy wszystkich znają, a największą atrakcją jest, jak staremu karczmarzowi wyleje się dzban cienkiego piwa. No i przyjezdni czasem zawitają. Cyganie, kupcy, czasem jakiś strażnik z garnizonu.
Życie proste. Rano rozpalasz piec, bijesz młotem, wieczorem spotykasz sie przyjaciółmi. Jędrek – ten od piekarni, wiecznie pachnie chlebem. Mewa – półelfka, która mówi mało, ale jak już otworzy usta, to zwykle warto słuchać. No i Gnert. Goblin. Mały, zielony i wiecznie głodny. Uwierzcie, pozory mylą – on jest normalniejszy niż połowa ludzi w Krzesiwku.
Tyle że od jakiegoś czasu coś się zmieniło.
Wampirzyca ukradła łańcuszek. Nie taki zwykły – taki, który nie powinien trafić w jej ręce. Potem okazało się, że ktoś otwiera przejście przez Granicę. Tę Granicę. Między Jasną Stroną a Ciemną.
A teraz? Jesteśmy w drodze do stolicy. Z listem do króla. Bez mapy, bez planu, ale za to z goblinem, który próbuje sprzedać wszystko, co nie jest przybite.
Nie wiem, co będzie dalej. Nikt z nas nie wie. Ale wiem jedno: młot mam, przyjaciół mam. I nie zamieniłbym tej całej historii na spokojne dni w kuźni.
No… może czasem. Jak jest zimno. Albo jak Gnert zaczyna śpiewać.
Ale już chyba za późno na odwrót.
To czytasz? To znaczy, że historia się zaczęła. I Ty w niej jesteś.